Są takie filmy, które wpisują się złotymi literami w kanon kultowego kina. Zabierają dech w piersiach, mącą w łbach i potem są tematem do godzinnych dyskusji przy kawce i papierosku. Zwłaszcza gdy te filmy podejmują temat trudnej miłości i pokazują cielesny aspekt tego uczucia. Być może za głupia jestem, żeby sięgać po filmy z tak wysokiej półki i być może nie zrozumiałam i nie odkryłam drugiego, trzeciego, czterdziestego dna, ale kilka dni temu oglądając Ostatnie tango w Paryżu, wiedziałam, jak Chrystus się czuł podczas drogi krzyżowej. Proszę Państwa, to było potworne.

Samo „wykorzystanie” postaci czterdziestoparolatka, włóczącego się po Paryżu, przeżywającego samobójstwo swojej żony i splecenie go w miłosnym uścisku z osiemnastoletnią Francuzką było fantastycznym pomysłem na scenariusz. A zatrudnienie do tego Marlona Brando było trafieniem rzutką w dziesiątkę, gdzie właśnie ten środek tarczy znajdował się między nogami żeńskiej widowni. Brando, już siwy, z mocnymi zakolami, ale nadal z wzrokiem łamiącym serca niewieście, miał ostatnią szansę by zaprezentować się jako seksualny bożyszcz kina. Nie wiem jak go ocenili ówcześni krytycy filmowi, nie interesuje mnie zdanie tych dzisiejszych, ale w tym filmie wyszło z niego to co najgorsze i przez całe dwie godziny irytowało tak, że miałam ochotę rzec Panie Brando, skończ waść, wstydu oszczędź. Odpychające było prawie wszystko, jego sposób mówienia, poruszania się i w ogóle fakt otwierania ust w celu artykulacji. Być może postać została specjalnie wykreowana na taką, żeby odpychać a nie wzbudzać współczucie, jednak każdy znajdzie przynajmniej jeden filmowy przykład skurwysyna, który w całej tej otoczce zła przyciągał widza jak magnes. Brando w tym filmie był po prostu wkurwiający.

Nigdy nie zdarzyło mi się coś takiego, że oglądając film erotyczny, moje libido spadło i utrzymywało się gdzieś w skali ujemnej. Właśnie przy Ostatnim tangu skoczyło z dwunastego piętra, z wielkim plaśnięciem rozbiło się o bruk i z ostatnim tchnieniem stęknęło „żenada”. Seks bohaterów nie był ani podniecający, ani gorszący. Scena gdzie naśladowali dźwięki zwierząt była nie tyle śmieszna, co absurdalnie głupia i nawet goły cycek jej nie uratował. A jak ktoś mi powie, że w scenie, gdzie bohater niemalże gwałci analnie bohaterkę, ułatwia sobie to masłem i pieprzy farmazony o rodzinie, jest głęboki psychiczno – emocjonalny przekaz i tylko człowiek światły i oczytany jest w stanie go odczytać, to ja już wolę cegły na budowie podawać.

Poddaję pod wątpliwość to, czy scenariusz do tego filmu w ogóle powstał. Bo wyglądał tak, jakby był luźno zarysowanym planem akcji, a przed klapsem reżyser mówił do aktorów „No, mówcie coś do siebie”. I wygadywali do siebie jakieś dyrdymały, które nie były ani ciekawe, ani nie posuwały akcji nawet o centymetr. Jedynym plusem była Maria Schneider, która była ładna i odważyła się w filmie pokazać wszystko.

Być może w latach 70tych Tango zrobiło na ludziach wrażenie, seks i sama jego obecność na ekranie powodowały wypieki na policzkach, ale na Boga! Czy ludzie w tamtych latach nie uprawiali seksu? Każdy wie jak to się robi i jak to wygląda, a współżycie w tym filmie było durne i żenujące. Jak zleci mi się tutaj jakiś znawca w grubych oprawkach i zacznie debatować nad metaforą palca w dupie, to od razu mówię – król jest nagi, klasyk kina jest nudnym do wyrzygania gniotem, a ty idź się pierdolnij w łeb czajnikiem. Jeszcze kiedyś w ten sposób opiszę kilka innych filmów, które nie zasługują na miano klasyka. Tak, mam na myśli Vicky Cristina Barcelona, Gorzkie gody i Labirynt Fauna.

Serdecznie przepraszam za moją polszczyznę, już tak ładnie mi wychodziła ta intelektualizacja mojego stylu. Na osłodę coś, co dobrze może się kojarzyć z tym tytułem: