Taki tytuł dałam po łacinie, chociaż ni w ząb nie znam tego języka, poza jakimiś nadętymi frazesami, jak te u góry. Dlatego, jak ktoś jest rodowitym Łacinem, to proszę mnie poprawić, będę wdzięczna.

Okej, żarty żartami, ale nie wypada sobie robić jaj przy czymś tak poważnym jak muzyka Behemotha. Szatan wychodzi przez głośniki, pioruny trzaskają w drzewa, dziewice umierają w męczarniach, czarne koty przebiegają Ci drogę, a pod Twoim blokiem zamiast placu zabaw tak na naprawdę jest cmentarz, który spowity jest wieczną mgłą. No dobra, znowu sobie robię jaja.

Być może pomogło w odsłuchu The Satanist moje muzyczne CV. Jak parę razy już się z tym przyznałam, parę lat i kilogramów temu, za Metallikę byłam skłonna się pokroić, a i chłopaków wybierałam sobie pod jednym kryterium „Ma długie włosy – jak nie ma, niech spierdala”. Do tej pory zażenowanie mnie łapie, ale możecie to przyjąć jako parafrazę słów Nergala w wywiadzie dla The Quietus:

But check your pictures from when you were ten and fifteen, and what do you usually do? You go, „Aw fuck!” Some of it may be embarrassing, some of it may look naive, you know what I mean? It’s the same with us.

Warto dlatego na samym wstępie było zrobić maleńki rachunek sumienia, ale wystarczy już tego. Trochę byłam niepewna tego, czy serio chcę usłyszeć nową płytę Behemotha. Dziwnie to trochę wygląda na Last.fm obok Arcade Fire, The National, Broken Bells czy Boards of Canada. Przede wszystkim obawiałam się ściany dźwięki i dabl blastów, które nie przypominają już perkusji, tylko karabin Kałasznikowa.

Maryjko Zawsze Dziewico, Lucyferze, Latający Potworze Spaghetti czy ktokolwiek kto tam istnieje, dziękuję serdecznie za to, że jednak się przekonałam i dałam szansę The Satanist. Powiem tak, jak ktoś nie lubi death metalu, nie słucha nawet rocka, to niech sobie głowy tym nie zawraca. Jeśli jesteś w stanie przetrawić heavy metal w wykonaniu Metalliki, to z całą pewnością poradzisz sobie z The Satanist. Nie chce tutaj sugerować, że Behemoth nagle zechciał być stadionowcem, ale ich najnowsze dziecko jest dość przystępne i tak skomponowane, że odniesie komercyjny sukces.

Absolutnie Behemoth nie stracił nic z ostrości, szorstkości, brutalności i innych tego typu określeń. Szatan ma się na albumie bardzo dobrze, otoczony jest flirtem z sekcją dętą i solówkami, których nie powstydziłby się zespół grający hard rock. Jest zaskakująco melodyjnie (refren w O Father O Satan O Sun!) i jednocześnie nie jest czysto i pod linijkę jak wypuszczone taśmowo z najlepszego studia. O, na przykład taka perkusja w tytułowym numerze sprawia wrażenie, że była ustawiona w jakiejś ogromnej łazience i dlatego ma takie mlaszczące brzmienie. W ogóle piosenka The Satanist mogłaby z powodzeniem służyć jako jakiś soundtrack.

Sam wykorzystany w In The Absence Ov Light grafomański fragment utworu Gombrowicza, będzie pewną egzotyką dla zagranicznego odbiorcy przyzwyczajonego do języka angielskiego w muzyce (coś w przypadku islandzkiego u Sigur Rós):

Odrzucam wszelki ład i wszelką ideę.
Nie ufam żadnej abstrakcji, doktrynie.
Nie wierzę ani w Boga, ani w rozum!
Dość już tych bogów, dajcie mi człowieka!
Niech będzie taki jak ja
Taki jak ja…
Mętny, niedojrzały, nieukończony, ciemny i niejasny.
Abym z nim tańczył, bawił się nim, z nim walczył,
przed nim udawał, do niego się wdzięczył i jego gwałcił.
W nim się kochał i na nim stwarzał się wciąż na nowo.
W nim rósł i tak rosnąc – sam sobie dawał ślub…
w kościele ludzkim.

Możecie sobie sądzić o Behemocie, że to sataniści, a że Nergal powinien siedzieć w mamrze za darcie Biblii. Nie chce mi się wchodzić w dyskusje światopoglądowe, przy fakcie podarcia książki i finansowania Świątyni Opatrzności Bożej, bo polecałabym się skupić na muzyce. Nie bójcie się, bo diabeł zza świętego obrazka nie wyskoczy, do Kościoła jak chcecie, nadal będziecie chodzić, a Wasza wiara nie rozpadnie się od kilku akordów. Taką muzykę warto znać i być dumnym, że paru facetów mówiących w tym samym języku co my, robi taką porządną i potężną muzykę, a na dodatek zarabia na tym kupę hajsu. Winszuję i zazdroszczę.