Będąc kiedyś grzecznym dzieciątkiem słuchającym rodziców, moje życie było jak różowa bańka mydlana. Czarodziejka z Księżyca, bycie Emmą ze Spice Girls składały się na obraz niemalże idealnego dzieciństwa. Jednak nic nie jest idealne, a w ówczesnej dobie telewizji dwa razy w tygodniu sprawiano, że bańka pękała z głośnym hukiem pokazując poczwary wyłażące spod łóżka i z szafy.

Pierwszą przyczyną tej małej katastrofy w główce małej dziewczynki był ten straszny facet z muszką. Nie, to nie był Janusz Korwin Mikke, choć przyznam, że moja niechęć do facetów pod muchą obecnie przeniosła się właśnie na niego. Mówię tu o Macieju Trojanowskim, który prowadził program Nie do wiary. Pod Zieloną Górą stoi opuszczony dom, w którym co noc słychać płacz zamordowanego przed laty dziecka… Pewien śmiałek zdecydował spędzić tam noc… To wystarczyło, żebym nie przespała całej nocy, wsłuchując się w trzaski drewnianej podłogi czy sprzętów elektronicznych.

Jednak jak widzicie po zdjęciu, nie o tym będę ględzić w dzisiejszej notce. Prawdziwą grozę siało Z Archiwum X. Gdy leżąc w łóżku usłyszałam muzykę ze wstępu do każdego odcinka, którego mieli zamiar obejrzeć rodzice, nie było mowy, żebym spokojnie usnęła. Spocona i zakryta cała kołdrą, która przeciez do tej pory jest magiczną barierą, której żaden duch czy kosmita nie przełamie, nasłuchiwałam i obserwowałam poruszające się cienie po ścianie pokoju, które robiły przejeżdżające pobliską drogą samochody. Do niedawna ta muzyka ciągle powodowała u mnie skoki ciśnienia. Dopóki nie wciągnęłam odważnie powietrza w płuca, nie przymrużyłam oczu, nie zagryzłam zębów i nie rzuciłam wyzwania serialowi. Jestem już dużą dziewczynką i obejrzę Z Archiwum X. SAMA!

Przez pierwszy sezon przebijałam się z wielką trudnością. Przyznam, że ideał sięgnął prawie bruku, pomysły na odcinki momentami były durne, mało straszne i pełne błędów logicznych. Widać było brak dużych funduszy i kiepskie efekty specjalne, które były kwintesencją złego smaku końcówki XX wieku. Byłam blisko rzucenia tego we wszystkie diabły, bo ziewanie prawie wyłamało mi żuchwę. Archiwum uratował jedynie odcinek poświęcony Człowiekowi Wątróbce, który zwał się Eugene Tooms. Facet budził się co 30 lat i zjadał swoim ofiarom wątroby, przedłużając sobie tym samym swoje nienaturalne życie. Drugi sezon już na dzień dobry rozłożył mnie na łopatki odcinkiem The Host. Kiedyś rodzice po moich usilnych błaganiach (wiadomo, to był zakazany owoc), pozwolili mi obejrzeć razem z nimi Archiwum. Pech chciał, że żałowali tej decyzji przez kilka następnych tygodni, bo poleciał akurat wcześniej wspomniany The Host. Człowiek-Tasiemiec żyjący w kanałach pożerał kanalarzy. Nie wyobrażacie sobie jaki horror przeżyłam gdy zobaczyłam facjatę Flukemana. Od tamtego momentu moje życie dzieliło się na dwa etapy – w pierwszym załatwiałam swoje potrzeby fiziologiczne w spokoju, a w drugim wpadałam do kibla, żeby jak najszybciej stamtąd wybiec, bo przecież Człowiek-Tasiemiec mógł z niego wyjść i odgryźć mi dupsko.

Akcja tak naprawdę zaczyna się rozkręcać w połowie drugiego sezonu, gdzie pomimo ciągle powtarzających się błędów logicznych zaczyna wchodzić jako takie napięcie, akcja i zawrotne tempo. Mulder nadal jest nieszkodliwym wariatem i zawsze, ale to zawsze widząc na ulicy winowajcę krzyczy za nim „HEJ, STÓJ!” powodując jego ucieczkę. Jakby nie mógł po cichu do niego podbiec, co nie? Przezabawne są momenty gdy w naprawdę rutynowym śledztwie, Scully i Mulder stoją nad bardzo zwyczajnym denatem a Mulder wypala z pomysłem, że nieboszczyk na pewno został porwany przez kosmitów. Skąd ta pewność? Bo w 1957 w Pipidowie w stanie Nebraska, nad jeziorem Jakimśtam doszło do takiego samego porwania, a tamtejsi denaci leżeli w taki sam sposób. Oczywiście nie było czegoś takiego w serialu, jednak zwykle bywa dość podobnie. Za wszystkim przecież stoją kosmici.

Każdy odcinek różni się od siebie i często sprawy są ze sobą niepowiązane. Dlatego Z Archiwum X można oglądać na wyrywki i w różnej kolejności. Jednak nie polecam tej metody, gdyż na tle rysowana jest tajemnica Palacza, spisku i historii siostry Muldera. Pomimo durnego momentami scenariusza, akcja jest nie jest sztampowa jak na przykład w Housie, gdzie zawsze mamy ciężki przypadek -> genialny pomysł House’a -> pomyłka -> zapaść pacjenta i jego bliska śmierć -> kolejny genialny pomysł House’a -> cudowne uzdrowienie.

Nie lada wyzwaniem było zmierzyć się z własnymi lękami z dzieciństwa. Po kilku latach, chcąc zemścić się na Buce z Muminków, dojrzałam tragedię jej postaci, której przez strach nie byłam w stanie dostrzec. Archiwum również było wykrzywione do groteskowych kształtów i rozmiarów przez dziecięcy strach, jednak po tylu latach trudno byłoby się przy tym bać. Po wygranej walce i podróży w czasie do klimatu lat 90. pozostaje mi jeszcze trzecia runda z Nie do wiary. Przypuszczam, że zejdę z ringu ze złotym pasem i dziecięcym strachem jako nowym przyjacielem. Na zakończenie podrzucam ulubioną piosenkę pracowników Area 51:

 

Aż chyba sobie to ustawię jako dzwonek na komórce!