TheNatKażde z nas chyba tak ma, że gdy myślami cofnie się kilka lat wstecz, to uznaje, że niektóre decyzje podjęte wtedy były często nieprzemyślane, błędne a nawet wprawiają nas w pewne zażenowanie. Mamy wtedy nadzieję, że nikt nam nie wyciągnie tego na światło dzienne i nie sprawi iż w towarzystwie oblejemy się rumieńcem i wstydliwie spuścimy wzrok, kładąc rzęsy na policzkach. Aby tego uniknąć należy zrobić coś, co ludzie zwykle unikają, bo po prostu jest to trudne. Należy głośno się przyznać do tego błędu, posypać głowę popiołem i podkreślić działania, które wykonało się, aby wymazać ten haniebny czyn. Dobra, Sikora, co żeś zrobiła? Otóż, mili moi, kiedyś nie słuchałam The National.

Ba! Nawet z powodu jakiejś swojej nieznośnej przekornej natury nie chciałam słuchać! Podczas gdy spora grupka znajomych, związana z środowiskami sekciarskimi do pewnego niskiego Irlandczyka i jego kolegów, słuchała rozmiłowana Naszonali, ja mówiłam sobie „Gówno! Jarają się jakimś hipsterstwem, ja będę taka alternatywna, nie będę słuchać”. Jak powiedziałam, tak robiłam. Nie wiecie nawet z jakim bólem serca przychodzi mi napisanie tego oświadczenia.

Nie wiem kiedy nastąpił dzień, gdy dałam im szansę. Pewnie zrobiłam to z wielką łaską, wywracaniem oczami i znaczącym wypuszczaniem powietrza przez nozdrza. Macie, grajcie dla mnie, ja będę łaskawie siedzieć w peniuarze i trzaskać klapkiem na szpilce o piętę, popalając jednocześnie papierosa w lufie. Z piosenki na piosenkę, klapek zaczął wystukiwać rytm, papieros się wypalił, a ja… a ja w tym peniuarze ległam krzyżem na swoich posadzkach piszcząc „Jezus Maria, kocham Was”. Serce moje niewieście rozpływało się, kiedy Matt Berninger chrypiał barytonem gorzkie słowa do mojego ucha. A chrypiał o pijanym koledze, który chce wsiąść do auta i o tym jak on bohatersko go powstrzymuje, chrypiał o sukience, którą wynalazłaś w szafie matki i o tym, że chce całować Cię po Twojej wątłej szyi. Miłość uderza do głowy jak martini pite z papierowego kubka w upalny dzień, gdzie wszystko ma kolory żywcem wytargane z polaroidowych zdjęć. Rzygi? Może trochę tak, ale po przejedzeniu szczęścia z miodem, które było podlane wiadrem dziegciu.

The National to zespół, który dokonania Coldplay zjada na śniadanie. Są lepsi, a jednak nie są tak popularni jak oni. Potworowi Spaghetti za to dzięki, bo nie zniosłabym myśli o gimbusiarach słuchających TN na zmianę z Hannah Montana (czy jak to się tam pisze). Może na pierwszy rzut ucha jest to muzyka dla panienek z dobrych domów, ale szczerze mówiąc nie za bardzo mnie obchodzi target, którym sugerowali się panowie z zespołu.

I właśnie wydali na świat kolejne dziecko, które bardzo przypomina ich płytę z 2004 roku – Cherry Tree. Nie ma wrzasków i chlania wina z gwinta – jest miłość i smutek, zabawnie i miejscami, pośród tych uroczych, uśmieszków rzewnie i płacznie, nawet gdy znowu pojawia się pijany kolega w samochodzie. Dobre wino, cierpkie jak sam skurwysyn, podane w starym, zakurzonym kieliszku, żeby smak roztoczy jeszcze bardziej zepsuł Ci miłą chwilę.

Wyglądam na wyższą,
A czuję się coraz mniejsza i mniejsza.

Zachlewam się tym winem, szumi mi pod deklem, a przy każdym łyku wykręca mi ryj na drugą stronę. Po co w takim razie to pijesz? Bo takie procenty fajnie płyną pomiędzy trombocytami w tętnicach i na drugi dzień nie dają kaca. Ale wiadomo – każdy organizm inaczej przetrawi alkohol z etykietą „Trouble Will Find Me”. Ja chyba wpadłam w alkoholizm. Nie wysyłajcie mnie na leczenie, bo mi z tym bardzo dobrze.