Chyba nie ma osoby, która by nie słyszała kiedyś o tym serialu. Swojego czasu leciał na Dwójce w porze okołopółnocnej i gromadził całkiem pokaźną gromadkę widzów. Będąc pryszczatą gimnazjalistką, pytałam się mamuśki czy mogłabym obejrzeć Twin Peaks, bo nie wiedziałam o co ten cały szum dookoła serialu. Odpowiedź, zawsze negatywna, była motywowana późną porą i stwierdzeniem… Ten serial jest popierdolony. Po czym mamuśka siedziała do pierwszej przed telewizorem i śledziła losy agenta Coopera.

Dopiero 20 lat po pierwszej emisji przyszło mi obejrzeć tenże kult, który powoduje zawały serca u mężczyzn, kobiet, starców i dzieci. I szczerze mówiąc jestem trochę w rozdarciu. Z jednej strony chciałabym napisać peany i elaboraty wychwalające serial pod niebiosa, a z drugiej chciałabym wyśmiać i obrzucić świeżym obornikiem. Jak to?! Odzywają się fani serialu. To David Lynch, cudowny serial, gówno się znasz! Oczywiście, że gówno się znam i nawet jeżeli przesiedzę dwadzieścia lat pod drzewem, albo na jakiejś pustelni i będę zgłębiać sens życia, to nadal będę się gówno znać. Dlatego jeżeli ktoś uwielbia ten serial, to zacznę od dobrych stron, najwyżej wcześniej skończycie.

Odcinek pilotowy obejrzany wieczorem, sprawił, że chodziłam podjarana cały następny dzień, żądając dostępu do kolejnego odcinka. Podobnie miałam oglądając Lost. Potrafiłam siedzieć do czwartej nad ranem, bo jakaś głupia, czarna chmura fruwała po wyspie. Pilot idealnie wywiązał się ze swojego zadania, wyobrażam sobie jak ludzie przez cały tydzień musieli chodzić i kminić to, kto zabił biedną Laurę Palmer.

Okej, teraz czas na truskaweczkę. Postać agenta Coopera. Na początku byłam przekonana, że będzie to stereotypowy funkcjonariusz FBI, który ładuje się w zaświnionych butach do śledztwa, prowadzonego przez prowincjonalnego, dobrego szeryfa i robi w nim jeden wielki chaos. Miłe rozczarowanie, Cooper to facet przystojny, miły, elegancki, inteligentny i lekko ekscentryczny. Wprowadza do badania sprawy dość „innowacyjne” metody (tłuczenie butelek, czy poleganie na swoich wręcz narkotycznych snach) i były one przeze mnie akceptowane. Nie wiem czy to przez jego grę, urok osobisty czy ogólny klimat miasteczka sprawiły, że nie syknęłam pod nosem Co za debil. Cooper jest postacią, która zapada w pamięć, mimo że jest tak niecharakterystyczna. Dlaczego nie jest specyficzna? Nie podpina się w żaden sposób pod formę głównego bohatera – gliniarza, która jest serwowana przecież przez amerykańskie kino. Nie przeklina, nie denerwuje się, broni używa tylko w obronie i oddaje z niej tyle strzałów, ile naprawdę zezwala na to magazynek, interesuje się Tybetem i lubi placki wiśniowe. I kawę. Nawet jak mu się goła panienka pakuje do łóżka, to ją wyrzuca.

Klimat miejsca. Lasy. Wodospad. Zdjęcia. Zmieniająca się sygnalizacja świetlna, poruszana przez północny wiatr. Nawet knajpa Normy powodowała we mnie chęć usiądnięcia tam, zamówienia kawy z dzbanka i placka. I zapalenia papierocha, oczywiście. Na skład tego przekładała się bezsprzecznie muzyka, która tak rzadko wybija się w jakimkolwiek serialu. Bo kto pamięta motywy muzyczne z Lostów? Z House’a? No dobra, z House’a można pamiętać, bo na wstępie leciał Massive Attack. Ale coś poza tym? Nie. A wiadomo, że każde z nas obudzone w środku nocy zanuci rozpoczęcie Twin Peaksa.

Dobra, tak słodko być nie może, dorzucę kilka łyżek dziegciu do miodu. Zacznijmy od  tak zwanych przeze mnie przeszkadzajek. Są to motywy poboczne od śledztwa prowadzonego przez Coopera, które, moim skromnym, w większości są nudne i męczące. Nudny był tartak, nudna była Catherine, nudni byli bracia Renault, nudny był Bobby i nudne były nawet wszystkie romanse. Gdyby tak wziąć siekierę i odciąć chociaż połowę tych zapychaczy, serial by dostał takiej dynamiki, że hoho. Tak to z odcinka na odcinek coraz bardziej się męczyłam i coraz częściej wywracałam oczami widząc po raz kolejny szkolnego outsidera, Jamesa Hurleya.

Właśnie, chłopak tak ważny, że aż zasłużył sobie na oddzielny akapit. Miał być twardym motocyklistą w papie, do którego wzdychają wszystkie grzeczne licealistki. A wyszła lama, która przejechała cały serial na jednej minie. Nie wiem, czy to wina scenariusza, czy aktora, ale gdy pojawiał się on, to robiło mi się niedobrze. A gdy zaczynał pierdolić te swoje egzystencjonalne farmazony, to nakrywałam się kopytami wrzeszcząc Zarżnijcie go, obleczcie w folię i spuśćcie w kiblu! Donna nie była lepsza, ale ona przynajmniej miała większy zakres mimiki i przynajmniej była ładna. Zastanawiam się do tej pory czy oni przypadkiem nie byli żartem reżysera. Jakiś argument przeciwko temu? Może faktycznie powinien być w serialu element operowo – mydlany i młodzi aktorzy (blah, dwadzieścia parę lat na karku i jesteśmy licealistą) zagrali akurat tak jak definicja tego gatunku wymaga. Nie, kochani, akcent taki nawet powinien być, ale ich postacie nadal wypadają tak jak gówno przy ambrozji, jeżeli porównywać będziemy ich z taką Audrey Horne. Postać również wbijająca się w przedział nastolatków, żądnych miłości na ekranie. Ale Sherilyn Fenn wykreowała Aurey tak, że byłabym skłonna zmienić dla niej orientację seksualną, ożenić się z nią i mieć z nią dzieci. I co z tego, że miała brzydkie nogi.

Może taki był zamysł twórców serialu, że ma budzić takie wewnętrzne kontrowersje? Jestem zmuszona ocenić Twin Peaks na zaledwie 6/10. Byłoby 10, gdyby serial był krótszy o jakieś piętnaście odcinków. Nie, nie hołduję twierdzeniu, że powinien skończyć się na pierwszej serii. Skądże znowu, nie domknąć kompozycji i wyrolować widza, zostawiając go ze świadomością, że morderca ślicznej Laury gdzieś tam biega i morduje, wsadzając literki pod paznokcie, dałoby jeszcze niższą ocenę u mnie. Podobnie było z wcześniej wspomnianymi Lostami – dwie pierwsze serie powodowały wściek macicy i zarywanie nocy, przy trzeciej puknęłam się w głowę i przestałam oglądać. Dobrze, że Twin Peaks w miarę szybko skończyli i nie nawarstwiali kolejnych zagadek, w których gubiliby się sami scenarzyści. A na koniec, gdyby ktoś nie pamiętał motywu muzycznego, albo co gorsza go nie znał (!!!), podrzucam linka. I nie klikać na filmik Twin Peaks „Song”, bo to grozi puszczeniem pawia.