Będą wulgaryzmy. Dużo wulgaryzmów.

Dziwna będzie to relacja, bo poświęcę więcej miejsca na support, niż na samą gwiazdę wieczoru. Podobno nie powinno się sprawdzać przed koncertami setlist i oglądać zdjęć, bo można sobie popsuć odczucia, a sam koncert może stać się przewidywalny. W tym przypadku całe szczęście, że obejrzałam zdjęcia z koncertu z skądś tam, na których Garm był pooznaczany. Tu Garm ćmi szluga, tu Daniel podskakuje przy kibordzie, tu… DO KURWY NĘDZY CO TO?! Garm w różowych legginsach, siatkowej podkoszulce, siedzi na sraczu, gra na rogu, w sraczu kamera, a jego anus w aureoli włosów łonowych i kawałek jądra, wyświetlany jest na projektorze. Co się do kurwy nędzy dzieje?! Co to za chuj, do chuja?! Całe szczęście, że przeżyłam to zaskoczenie w zaciszu domowym, bo naprawdę, nie chciałabym siebie widzieć, kiedy nieprzygotowana dostałabym tłustą dupą po oczach.

Primo, to co robi Zweizz, to nie muzyka, tylko seria nieskładnych dźwięków, które nadawały by się na soundtrack do filmu o epileptykach. Drugie primo, to nie koncert tylko performance, który zgodnie z kanonami sztuki bardzo nowoczesnej miał szokować. Ale czy to robił? Mnie śmieszył ten grubas, który pił na scenie podłego Żubra z podłej puszki i wydaje mi się, że takie były jego intencje, żeby ośmieszyć całą tą awangardową otoczkę, którą żyją koneserzy Bóg wie jakiej hoch muzyki. Nie wiem też czy przypadkiem nie ośmieszał on Garma samego w sobie, w końcu wyglądają oni jak rozdzieleni przy porodzie bliźniacy jednojajowi.

Jednak mój śmiech oznaczał jedno: „skończ waść, wstydu oszczędź”. Ośmieszać kanony można na miliard pińcet sposobów, a pokazywanie swojej kloaki jest już łamaniem granic wszelkiej przyzwoitości. Nie, nie, Panie i Panowie, nie jestem jakąś wykształciuszką, którą nic nie bawi. Bawią mnie dowcipy o Żydach, o Murzynach, czytam czasem Sadistic, ba! Lubię nawet dowcipy o blondynkach! Ale spocone, owłosione, grube dupsko, było, jest i będzie obrzydliwe. Zdania nie zmienię, nawet gdy znajdzie się jakiś kretyn w grubych oprawkach, który będzie szukał w Zweizzowym odbycie głębokiej metafory.

Ale to nie koniec zarzutów pod adresem Zweizza. Wisiałam na barierce i niemiłosiernie mnie wkurwiał podczas koncertu Ulvera. Zresztą nie tylko mnie, bo samych muzyków też. Bawił się w katering i łaził po scenie, co okrutnie rozpraszało uwagę. Chociaż, z drugiej strony, Ulvera niesamowity zaszczyt kopnął. Zeppelini nawet nie mieli kelnerki na scenie, a oni tak. Szkoda tylko, że taką szkaradną. W cichszych momentach Zweizz pierdolił coś do Garma, ten tylko zbywał go jakimś „No, thank you”, czy „Goodbye”, aby potem pomiędzy kaszlnięciami, bardzo subtelnie powiedzieć mu „Fuck off”. Również O’Sullivan wywracał co chwilę oczami, gdy tamten coś porykiwał mu zza pleców. Jednakże skończmy z Zwelzzem. Po co mamy się zajmować odgrzewanymi flakami ze słoika, skoro na stole pralinki leżą.

Bałam się trochę tego koncertu. Inne zespoły przyzwyczaiły mnie raczeniem kilkoma nowymi piosenkami, żeby potem grać przez resztę koncertu swoje stare szlagiery. Obawiałam się, że Ulver wyskoczy z chałowatym albumem i przez godzinę będę czekać na ich „Ace of Spades”, czyli „Hallways of Always”. Jednakże Wilki to sprawdzona marka, która nigdy nie zawiodła. Koncert był o wiele bardziej żywiołowy od tego warszawskiego, a panowie wyglądali jakby byli już po klinie. Garm sprawiał wrażenie wkurwionego, nie dziwię się, też byłabym nabuzowana, gdyby mi łaził jakiś krasnal z foliówką pełną Tyskich i gdyby fotoreporter kładł mi się na scenie. Dobrze, że przeciwwagą była prawa strona sceny.

Muzyka nowego albumu wraz z wizualizacjami, naprawdę zachęcała do kupna War of the Roses, zwłaszcza przedostatni kawałek. Długi, z recytacją Sullivana i przywodzący na myśl jakieś tajemnicze misteria. Tytuł mi pozostaje do tej pory nieznany, mam zamiar zapoznać się z nim bliżej dopiero po premierze płyty. Chociaż zobaczymy na ile legalne będą to znajomości, gdy cena na Merlinie będzie podobna do tej za Perdition City.

Na Ulvera zawsze warto jechać, nawet jeśli gnijesz w pociągu 5 godzin. Nawet jeśli kible w klubie są zdewastowane, koszulka jest za 120zł, Zwelzz pokaże ci dupę, a Garm powie, żebyś spierdalał. Nawet gdy muzycy Ulvera będą pijani jak żbiki to i tak zagraliby cudowny koncert, niczym orkiestra na tonącym Titanicu.