Dziś znowu będą wulgaryzmy, ale tylko troszeczkę.

Przez jebane łódzkie MPK spóźniliśmy się na pociąg o całe jebane dwie minuty. Myślałam, że przez to będziemy gdzieś w piździec od sceny, a tu proszę miło się rozczarowałam. Weszliśmy na Proghma-C i uwiesiliśmy się na barierkach po lewej stronie. Nie spodziewałam się po saportach czegoś nadzwyczajnego, myślałam, że będę wisieć i ziewając odliczać czas do Fennesza. Zwłaszcza jak zobaczyłam miśkowatego wokalistę i gitarowych w kapturach (kiedy to kaptury kojarzą mi się ze Spinal Tap i ich wyjściem na scenę z kokonów). To było miłe rozczarowanie, okazało się, że misiek ma naprawdę interesujący i mocny głos. I muzyka – nie wiem ile oni układali te piosenki i ile im zajęło dopracowanie tych popierdolonych rytmów, żeby się nie gubić, ale mi by zajęło z 2 lata. Było mi tak trochę wstyd, że nawet nie weszłam na ich Majspejsa, bo naprawdę dali radę.

Blindead mnie zdziwiło swoją średnią wieku, bo u panów było widać przerzedzone tu i ówdzie włosy i ciąże spożywcze. Dziwna była też ich maniura, nie wiem czy to stres, czy wokalista sobie walnął parę grzdyli na klina, ale dziwnie się telepał i parę razy odwrócił się plecami. Zresztą nie tylko on, klawisz też stał tyłkiem do publiki. Jednak przy tym telepaniu zabawnie się wokaliście czapka zsuwała na oczy. Ale no, gdybym miała kapelę i miała grać przed Ulverem, to też bym była obesrana. Ale o czym ja prawię, przecież nikt nie bierze baby do zespołu. Wróć, nie o tym mowa. Blindead miało bardzo fajne wizualizacje a i też muzycznie byli nader zachęcający. Nawet przy kilku kawałkach ośmieliłam się machnąć parę razy głową, ale nie za dużo, bo mi się kolczyki plątały z kłakami. Nawet to dobrze, że nie machałam głową za dużo, bo mnie szyja boli. Majspejs panów również odwiedzę, a być możę kupię płytę, bo gdzie się człowiek nie obejrzał, to była zachwalana. A po koncercie uznałam, że chyba warto.

Fennesz. Płytę Christiana Fennesza „Endless Summer” ściągnęłam sobie jakoś trzy albo cztery lata temu i z czystym serce mogę każdemu laikowi polecić. Później usłyszałam jego remiks „In this twilight” Nine Inch Nails i uznałam, że facet osiągnął mistrzostwo świata, bo ten kawałek mnie rozpierdolił dokumentnie. Ale niestety obawiałam się koncertu, bo trzeba teraz przyznać, że jego muzyka w takich okolicznościach się nie sprawdza. Jego muzykę można określić jako „trrrrr, szzzzzzzzz, br, bzzz, pszpsz, zzzzz”. Fennesz wyszedł jak gdyby nigdy nic, zaczął rozstawiać sobie sprzęt i przez moment nikt na gościa nie zwrócił uwagi. Dogudławszy się, że to jedna z gwiazd wieczoru nieśmiało krzyknęłam „Łoł!” i zaczęłam klaskać. Komicznie to wyglądało, bo odezwało się na sali może kilka klaśnięć mówiących „Ale o co chodzi?”. Fennesz się zreflektował, odwrócił się i machnął gestem „No, cześć, cześć”. Gdy zaczął grać, ciągle czekałam na to, aż w końcu się to ROZKRĘCI. Nie doczekałam się, jedynie rozpoznałam kawałek „Endless summer„. Dziwne były też jego reakcje. Wisząc na barierce widziałam jego miny, które mówiły do laptopa „Gdzie to jest, do kurwy nędzy”. Bardzo mu się podobało przyjęcie, które nie składało się z Bóg wie jakich aplauzów. Chociaż może to zasługa wina, które sobie popijał. Podsumowując, koncert Fennesza byłby zajebisty gdyby:
- publiczność zarzuciła sobie po kwasie lub
- organizatorzy wyłożyli leżaki plażowe lub
- włączono wizualizacje (bo nigdy wcześniej tak mi nie brakowało przeszkadzajek na koncercie).
Muzyka nadająca się na soundtrack filmowy, nie na koncert. Chociaż nie było tak źle. Było po prostu trochę nudno.

Ulver! Młode wilki, nowy narybek! Najlepsi w mieście. Zakochałam się w nich jakoś w te wakacje. Czy to była rekomendacja mojego faceta, czy to posłuchałam ich po tym jak kumpel się niemalże onanizował mówiąc o ich muzyce? Nie pamiętam. Czytałam wtedy te kryminały Stiega Larssona i uznałam, że przyda im się również skandynawska oprawa muzyczna. I tak o to muzyka pobiła książkę, bo po prostu padłam na kolanko i rzekłam „Garm, jam jest jak rzadka kupa przy twym kunszcie”. Przez cholerne Perdition City i Zaślubiny Nieba z Piekłem chodziłam sfazowana jak ta głupia dupa.

Przez pierwsze pięć minut koncertu żałowałam, że wiszę po lewej stronie sceny, a nie po prawej, garmowej. Potem szybko zmieniłam zdanie, bo jako kobieta muszę przyznać, że będąc przed wyborem „Patrzeć się na Garma czy na gitarzystę?”, powiedziałabym pierwszemu, żeby spieprzał do Norwegii. Garmowi się ewidentnie powodzi i niczego mu nie brakuje gabarytowo. Jak kiedyś pisali te skandynawskie Kalevale i inne bajki, to mówiac o trollach i krasnoludach, mieli na myśli takiego Garma. A gitarzysta… ekhem, miał bardzo ładne gitary.

Spodziewałam się większej napinki przy tym koncercie. Czytałam, że zespół nie życzy sobie oklasków pomiędzy numerami, że to chamstwo i buractwo jak ktoś krzyknie, że zamilcz kurwa prowincjuszko i słuchaj. A tu coś zupełnie innego, oni byli baaaardzo zadowoleni z takiej reakcji. Dziwiły mnie trochę reakcje garmowe. Czytałam wywiad, gdzie powiedział, że wizualizacje sa po to, żeby publiczność się na nich nie patrzyła, bo się wstydzą. Okej, ale kucać i chować się za kotłem? Owszem, Garm, jesteś gruby, ale nie znowu jesteś taki ostatni. I następnym razem mów głośniej, nie wstydź się.

Ciekawe było połączenie na wizualizacjach filmów Leni Riefenstahl i filmów z obozów koncentracyjnych, czy procesji kościelnych ze starymi pornolami. Muzycznie Ulver był po prostu cudowny. Byli idealni od początku do samego końca, praktycznie przy każdym kawałku włosy dęba stawały. To chyba był najbardziej metafizyczny koncert na jakim byłam. Chociaż szkoda, że nie zagrali „Nowhere/Catastrophe”, albo chociaż „The Voice of the Devil” z Zaślubin. Ale to może i dobrze, przy tych piosenkach dokonałabym obrazoburczego zamachu stanu, bo zaczęłabym piszczeć. Co by sobie Garm pomyślał o Polsce? Pewnie już więcej by nie zagrał dla nas i dla Żydów, tak jak Szpilman.

To był taki koncert, że zaczynam sama sobie zazdrościć. Wow, Sikora, byłaś na Ulverze, ale masz zajebiście. Noo, na dodatek wisiałam na barierce i strzelałam do gitarzysty oczami. Nie wiem czy mnie zauważył, bo soczewek nie miałam, po drugie zajęty był piciem Perły. Noo, zazdroszczę ci. Zazdrośćcie mi, bo naprawdę było czego. Nie tylko Ulvera, bo całej imprezy. I coś czuję, że jak nie zazdrościcie teraz, to niedługo będziecie.

Na koniec jak klikniecie w to okienko na dole, to nakarmicie głodne dziecko: