Mało brakowało, a byśmy nie pojechali na Ursynalia. Codzienne pytanie „Jedziemy na Ursynalia?” kończyło się odpowiedzią „No jedziemy, jedziemy, jutro kupimy bilety.” Jutro, jutro, jutro, aż cena za bilety i poślizg czasowy rosła. Suma sumarum jednak znaleźliśmy się w niedzielę w stolicy, dojechaliśmy na kampus uczelni, która ma najbardziej zajebiste juwenalia w całym kraju. Jak biednie się czuję studiując na państwowym Łódzkim, kiedy SGGW ma coś takiego jak KAMPUS. U nas z akademików trzeba zapieprzać pół Łodzi, żeby dotrzeć na wydział. Ale nie będę uprawiała osobistych wycieczek, bo nie o tym mowa. Chociaż odczuwam niesamowity butthurt na myśl, że na UŁ co roku gra Coma, Kult, Kazik, Kazik na Żywo i Coma. Dobra, już, już.

Nie ukrywam, że przyjechałam tylko na Mastodona, który przywrócił mi mocno zachwianą wiarę w muzykę metalową. Będąc młodą lekarką, nosiłam glany i o wiele za duże na mą wątłą pierś czarne koszulki w sierpniowe upały. Dzięki muzyce heavy metalowej dostałam muzycznego olśnienia. Na ówczesne czasy nie było lepszej muzyki, a metal był największym osiągnięciem człowieka w dziedzinie muzyki. Wiadomo, człowiek dorośleje, zmienia glany na lżejsze obucie, podcina regularnie rozdwojone końcówki i odkrywa nową muzykę, która nawet będąc lekką i zwiewną miażdży dokonania ciężkogrających zespołów, które wypuściły cokolwiek po 1991 roku. Dokładając do tego nowy projekt Metalliki i Lou Reeda, zaczynałam stawiać krzyżyk i czekałam tylko na poziomą linię na ekranie z EKG. Mastodon przywraca nadzieję na poprawę tego stanu. Po Ursynaliach stwierdzam, że Gojira również.

Pomimo lekkiej, osobistej niechęci ku zespołowi Armia zdołałam się przekonać na ruszenie dupska z wioski piwnej. Nigdy ich nie słuchałam, więc nie mogłam się uprzedzać na samym starcie. Usłyszałam punkową perkusję, której nienawidzę i ciężkie riffy, które wszędzie już gdzieś były. Nie kręcą mnie katolickie inspiracje w tekstach, które mają nawracać niewiernych. Latającemu Potworowi Spaghetti dzięki, że od tej światłości w tekstach nie zaczęłam toczyć piany z pyska, nie łysnęłam białkami, nie zaczęłam złorzeczyć po aramejsku i nie padłam na glebę trzęsąc kończynami. Widocznie nie było tak źle, jednak moje nieuzasadnione uprzedzenie znalazło w niedzielę potwierdzenie. Armia to nie moja bajka.

Próbowałam ugryźć Gojirę (Gojirę? Gożirę? Gohirę? Godzillę? Jak to się wymawia?), po rekomendacji, którą zobaczyłam na Last.fm. Próbowałam, ugryzłam i nie smakowało. Niby nie jest złe, czuć jakiś tam powiew świeżości w tej stęchłej, metalowej piwnicy, jednak nie jestem w stanie stwierdzić co mi w nich nie pasuje. Nie spodziewałam się więc takiej energii płynącej ze sceny. Myśląc nieśmiesznymi stereotypami, nie wiedziałam, że Francuzi potrafią mówić po angielsku i używać gitary w innym celu niż podrywanie czternastoletnich nimfetek na piosenki Serge’a Gainsbourga. A tu miła niespodzianka, panowie brzmią na koncercie sto razy lepiej niż na płytach, mają prześwietne humory i dają niesamowity wycisk publice, która zrobiła z podłoża zasłony dymne lepsze niż te, których Amerykanie używali w Wietnamie. Ani trochę nie nastawiałam się na występ Gojirii, a Francuzi miło mnie rozczarowali, brawa dla panów za niesamowity kontakt z publicznością, opanowanie polskiej łaciny kuchennej i wypowiedzenia jej poprawnie, bez naleciałości typu „Godżira, Kuhwa”!

Przyszedł czas na Mastodony moje ukochane, czyli zespół nad którym już wystarczająco się roztkliwiałam w tej notce. Zagrali całego „Huntera” bez „The Sparrow”, na który liczyła pewnie bardziej hipsterska część publiczności. Ja może po cichu również, jednak takie monumentalne piosenki rzadko dobrze wypadają na koncertach, bo publiczność pomimo sympatii często zaczyna ziewać. Panowie z Mastodona mieliby z „Wróblem” jeszcze jeden problem, który jak czytałam odkryło z przerażeniem większa część widowni festiwalu. Instrumentalnie Amerykanie robijają słuchaczy w atomy, jednak wokalnie na żywo są baaaardzo przeciętni. Wierzcie mi, na Sonicphere dwa lata temu pod względem śpiewów wypadli jeszcze gorzej. Opisując ich przymiotnikiem „przeciętni” miałam na myśli całkiem duży postęp w tej dziedzinie. Najlepiej z kwartetu radzi sobie Troy Sanders, który pomimo braku ciekawej barwy głosu potrafi nieźle się wydrzeć i o dziwo Brann Dailor, który nie za bardzo się wychylał wokalnie zza talerzy. Brent Hinds natomiast powinien pójść śladami drugiego gitarzysty, Billa Kellihera, który zdając sobie sprawę z tego, że nie umie śpiewać, tego nie robi. Hinds nie dość, że ma słaby i bezbarwny głos, przez który w ogóle go nie było słychać, to jeszcze fałszował. Gdy Troy odsuwał się od mikrofonu i Brent zaczynał jęczeć, to naprawdę żal mi dupsko ściskał. Nie było tego za dużo i niech Bozia błogosławi Troya Sandersa. Miło było usłyszeć album, przez który chodziłam zafiksowana i na który zwróciła uwagę i doceniła niemetalowa prasa muzyczna. Szkoda, że zagrali tak mało z wcześniejszych krążków, bo chciałam usłyszeć chociaż „March of the fire ants”. Pomimo tego, że interakcja z publicznością była o wiele mniejsza niż u Gojirii, to i tak stwierdzam miłość bo Troy Sanders.

Na Jelonku i Billim Torrencie nie zostaliśmy. Musieliśmy zrobić szybki desant na metro, a potem na pociąg, który wywiózł nas do pięknej Łodzi. Nie żałuję, pompatyczny metal ze skrzypkami i punk to dwa gatunki, które omijam z daleka. Lepiej, że mnie tam nie było, bo by się skończyło taką oceną jaką dostała Armia. Wiadomo, osobiste uprzedzenia i uczucia podstawą dobrej recenzji. A jak.

Troy, ja wciąż czekam na Twój telefon.