Royksopp (piszę tak, bo nie chce mi się szukać o-umlaut) to duet, z którym dopuściłam się pierwszego romansu i spowodował poważny kryzys w moim małżeństwie z Rock and Rollem. Był to 2005 rok, wieczór, leciała Trójka, program alternatywny. Poleciało What else is there? a wraz z nim z wrażenia poleciały mi smarki z nosa. Od razu był moment zaskoczenia, wyszeptanie „Jezu, to jest to” i zalanie Szydłowskiej mailami z pytaniem Jak nazywa się ten numer? Błagaaam, odp! Oczywiście, nie odpisała. Tak przeżyłam z trzy tygodnie w apatii, mając w czaszce świdrujący głos Karin. Aż do pewnej piżamowej party, zakrapianej winem za 7 złotych, nie poleciał teledysk na jakimś Vh1.
- O kurwa, to jest ta piosenka, której szukam!!! – wywrzeszczałam celując palcem w ekran.
- Mówiłam ci debilu już o niej z jakiś miesiąc temu. – odparła Justin – Ale ty oczywiście mnie nie słuchasz.
Teledysk z klimatem z krainy dreszczowców, must-see, gdzie owłosione jabłko i latający domek powoduje gęsią skórkę. Piosenka tak weszła mi w krew, że nazwałam na jej cześć moje poprzednie grafomanie.
W poniedziałek panowie wydają nowy album, Senior. Trzy z czterech albumów miało bardzo hm… skandynawskie (?) okładki, Melody AM przedstawiało las, The Understanding jakąś pannę o rozmytej twarzy, a najnowszy przedstawia… No właśnie, co to za goście? Gorogoth? Mayhem? Na pewno to muzycznie kojarzy się z Norwegią, ale jakoś ta okładka ni w pickę, ni w oko pasuje do muzyki elektronicznej. Jeszcze ta czcionka. Nie zachęca mnie to, bo jestem babą i lubię ładne okładki.

Promosinglem jest The Drug, który należy dwojako rozumieć. Albo wybrali kiszkę na singla, żeby powalić słuchaczy genialnością płyty, albo to jest po prostu numer najlepszy pośród innych cyferek i zapowiada się, że Senior ma się do Junior, jak Load do Reload i wszystko co zostanie w rodzinie to nędza. Chociaż pamiętamy, proszę państwa jeszcze inna sytuację, kiedy to dobre Wrong zapowiadało Sound of the Universe, którego z sympatii dla Depeche Mode nie skomentowałam. Trudno mi było wtedy odkleić dłoń od czoła po przesłuchaniu tegoż albumu. Więc wszystko może się zdarzyć. Album w sieci gdzieś tam kursuje, ale poczekam z nim do poniedziałku. A właśnie, singiel. Utwór zawiera fajny motyw, który w zasadzie stanowi jego 99%, bo tych stylizowanych na Aphex Twin i nic nie wnoszących szumów radiowych czy cholera wie co to jest, nie uznam. Piosenka sprawia wrażenie wybrakowanej, nieubranej, aspirującej do jakiś ambitnych minimali. Jedyne co ją ratuje przed kibitką na Sybir to teledysk. Postapokaliptyczne, niemalże łódzkie obrazki, trzy panienki wyjęte z Openera czy tam z Offu i ludzie o okaleczonych twarzach. Twórcy mogliby sobie darować te gołe dzieci, bo nie wydaje mi się że niosą one jakąś głęboką metaforę, chyba że tą metaforą jest uciecha dla pedofila. Chociaż, po przedstawieniu przez Siega Larssona życia seksualnego Skandynawów, to mnie nic nie zdziwi. Jak nie każdy z każdym, to trójkąty, homoseksualizm, a jak nie to, to chłop babę bije. A tacy zimni się wydają, co nie?

Zobaczymy co niesie ze sobą album. Na razie nastawiona jestem na big dissapointment i po przesłuchaniu włączę Melody AM i udam, że nic nie słyszałam. Na razie za singiel 5/10, bo ten motyw całkiem nieźle wlatuje w ucho. Szkoda, że po chwili wylatuje.