Kurwy, wóda, kilo palenia,
Andrzej Sapkowski,
MIECZ PRZEZNACZENIA.

Nie zastanawialiśmy się długo z moim Lubym nad kupnem Wiedźmina 2. Jedynka skutecznie pozbawiła nas na tydzień pożycia płciowego. Nasze dziecko stało w kącie, obsrane po kostki i głodne, kiedy my biegaliśmy i wyżynaliśmy rzezimieszków z Wyzimy. Cudem teraz oderwałam się od dwójki i piszę ten post. Nie zdecydowaliśmy się jednak na kupno wersji kolekcjonerskiej, bo na cholerę nam była główka Geralta, która by tylko zbierała kurz na półce? Pomalowalibyśmy go co najwyżej moimi lakierami do paznokci i biedny wiedźmin zostałby drag queen. Przy następnej edycji proponuję w kolekcjonerce dodać jeszcze wibrator w kształcie Geralta. To byłby hit.

Z samego rana, obuta w zimowe kozaki, podrałowałam do Tesco na Pojezierskiej, zwabiona rewelacją, że tam gra stoi po 79 zł. Będąc w sklepie, podbiegłam do półki i wyprzedzając trzech innych gości, capnęłam swój egzemplarz. Z uśmiechem Jokera, stanęłam przy kasie a pani kasjerka przeciągnęła kodem kreskowym pod czerwonym światełkiem.

- Oj, coś nie działa. Muszę wpisać kod.
- Ależ proszę bardzo.
Kolejka za mną powoli się wydłużała, a pani po raz enty próbowała skasować produkt.
- Musze zadzwonić do kierownictwa. – powiedziała z żalem – Ewuniaaa? Ewunia, ja tutaj mam płytę dvd i mi się nie chce skasować. Wie-dźmin. Klienci mają poczekać?
I tak czekałam jakieś piętnaście minut, dopóki pani z kasy nie oznajmiła:
- Proszę państwa, wystąpił błąd, towar nie został wprowadzony, teraz ściągamy go z półek. Nie mogę państwu tego sprzedać.
Przeklinając pod nosem, obróciłam się na obcasie i poiwaniłam do Manufaktury.

Będąc nareszcie w domu, klapnęłam przed laptopem i włożyłam płytę z instalką. Niebieski pasek postępu posuwał się z zatrważającą prędkością juchy z nosa, bijąc rekord – 45 minut. Czekając na rozwiązanie, zdążyłam wypalić trzy fajki, policzyć dziury na suficie i poćwiczyć granie piosenek z repertuaru Stinga. Obejrzałam sobie dokładnie pudełko, na którym Geraltowi świecą się na tęczowo oczy i dodatki – mapkę, pamflet, monetę, którą od razu wrzuciłam sobie do portfela i te ohydne figurki do złożenia z papieru. Wreszcie, po wielu bólach i krzykach, pojawiło się w rozwarciu okienko z napisem „Wprowadź klucz aktywacyjny”. Klucz aktywacyjny, no tak, ale który to? Nie mam tu żadnego klucza aktywacyjnego, tylko mam Klucz rejestracyjny secuCośtam i Klucz rejestracji elektronicznej! Mówiąc trudno, wpisałam jeden, po odrzuceniu wpisałam drugi, który został ciepło przyjęty przez mój świeży nabytek. Podskakując z radości na krześle pojawił się kolejny pasek instalacji, a za nim… no zgadnijcie – jeszcze następny! Mając nadzieję na szczęśliwy koniec tego porodu, gra zażądała kolejnego kodu, a raczej numeru seryjnego. Patrząc na dwa kody wpisane na okładce Instrukcji, uznałam, że żaden nie jest numerem, bo oba mają w swoim ciągu litery. Po drugie żaden nie był zatytułowany jako numer. Ale wiem, czepiam się, puryzmów językowych nie mogłam się spodziewać po informatykach. Zaczęłam wpisywać jeden i drugi kod, z myślnikami, bez myślników, małymi literami i dużymi, i chyba po dziesiątym podejściu Wiedźmin łyknął i się uruchomił.

Na początku dostałam w twarz grafiką, a raczej pokazem slajdów. Mimo minimalnych ustawień mój komputer nie wyrabiał ze wszystkim. Można stwierdzić, że mam rzęcha, otóż nie, mój laptop ma 1,5 roku i jest jeszcze dzieckiem. Nie sram pieniędzmi i nie mam zamiaru sobie kupować co pół roku nowej maszyny, zdolnej do odpalania promów kosmicznych z przylądku Canaveral.

Kolejnym minusem jest to, że nią da się ustawić inaczej kamery. Nie lubię takiego sterowania, wolę jak ludzik jest mały, w tym przypadku lekki ruch myszą powoduje ucieczkę obrazu i nie pozwala takiemu świeżakowi jak ja trafić w inną postać, żeby bohater sobie porozmawiał. Nie mówiąc już o zbieraniu łupów po cudem wygranej walce. Jeżeli walka nie była wygrana, to wczytywanie trwało kolejne wieki. Po którejś tam już z kolei śmierci Geralta, wczytywanie trwało… w zasadzie nie liczyłam czasu, ale zdążyłam pójść umyć lustro, umywalkę i wannę. A ten cholerny wężyk wokół czaszeczki nadal się kręcił. Dopiero na połowie papierosa zaskoczyło. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – po zmniejszeniu rozdzielczości Geralt śmiga nawet na średnich ustawieniach graficznych!

I jeszcze jeden minus. Trudny i bardzo dyskusyjny, przypuszczam, że mój pomysł spotkałby się z wielką defensywą ze strony samców. Otóż, chodzi mi o wątki seksualne. Scena namiotowa jest bardzo ładnie przedstawiona, dziewczynie Geralta, Triss, widać było wszystko. Cycek, nie cycek, dupa, nie dupa, czy tam picka z owłosieniem łonowym. Zdziwiłam się tym ostatnim, przypuszczam, że było to poddane pod gorącą dyskusję przy tworzeniu gry, jednak… skoro Triss była cała naga, to dlaczego Geralt był w kalesonach?! Skoro kobiece narządy rozrodcze były pokazane, to dlaczego nie męskie? Zważając na to, że target Wiedźmina 2, składa się w większości z męskiej widowni, to zapytam się – panowie, czy namalowany penis, by was brzydził? Nigdy nie rysowaliście takich kolegom w zeszytach? Jeżeli chodzi o rozmiar, to egzystencja męskiego przyrodzenia w grze nie musiałaby odbywać się na zasadzie „kopiuj – wklej” od Rona Jeremiego, tylko ustaliłoby się taką długość, żeby nikogo nie wpędzała w kompleksy. Ale uwaga! Zastrzegam sobie to, że jeszcze nie skończyłam grać, być może pojawi się jeszcze niespodzianka, gdzie panie w zaskoczeniu zakryją usta i krzykną „Och!”.

Tak właśnie, jeszcze będąc w rozgrywce wypowiadam się na temat gry. Czuję się już w miarę na siłach, żeby stwierdzić, że ta gra, pomimo minusów i męskich penisów, jest po prostu zajebista. Jak na razie kładzie na łopatki poczuciem humoru (bohater z Assassin’s Creed w stodole pijany czy oprych o imieniu Naizdup, który wszystko robi od dupy strony) czy muzyka, która jest jak z Władcy Pierścieni wyjęta. Pokłony dla orkiestry, która te cuda skomponowała. Świetne są te rysunkowe przejścia pomiędzy aktami i całkowitym mistrzostwem jest mimika bohaterów, która daje wrażenie jakbym oglądała kolejną bajkę spod skrzydeł Pixara.

Będąc teraz w trakcie rozgrywki, w skali dziesięciopunktowej, oceniam Wiedźmina na 9. Jak ta gra nie zdobędzie statusu legendy jak Diablo, czy Baldur’s Gate, to stracę wszelką nadzieję w ludzkie istnienia. Cud, miód i orzeszki ziemne. Wierzyć się nie chce, że jednak napis Made in Poland może być taki światowy. Dobra, koniec biadolenia, wracam wyżynać oprychów i chędożyć panienki!