Jakoś mi tak w życiu wyszło, że w tym roku, będąc już w podeszłym wieku, trafiłam na Przystanek Woodstock. Mogę przyjąć dziwne tłumaczenie, jednakże chcę być szczera z moimi nielicznymi i przetrzebionymi czytelnikami. Mając naście lat i krzywe zęby, na myśl o pojechaniu na Woodstock piszczałam i przebierałam obutymi w glany nóżkami. Jednak zwykle nie miałam ani grosza przy duszy, a nawet jak coś miałam, to nie uzyskiwałam zgody rodzicielskiej i mogłam sobie pojechać dupą po nieheblowanej desce. Ukończywszy magiczną barierę 18 lat, podnieta z Woodstocku przeniosła się na Open’era i praktycznie co roku wycierałam podeszwy kaloszy o tamtejszy bruk.

W tym roku jednak było inaczej. Była to niesamowita okazja do uzupełnienia kroniki towarzyskiej i zobaczenia Airbourne i wtóry raz Prodigy. Chcąc, nie chcąc, będę opierała swoje poczynione tamże obserwacje socjologiczne na przykładzie porównania z Open’erem. Heineken muzycznie bije przeciwnika na głowę, ale wiadomo, że na budżety nieładnie jest się bić. Jednak jest jedna rzecz, dzięki której Woodstock wygrywa na całej linii. Proszę państwa – klimat. Open’er jest grzeczny, wymuskany, czysty i och jeja. Kiedyś popełniłam tutaj recenzje i rozkminę na temat filmu dokumentalnego o Roskilde. Patrząc na to, co tam się działo siedziałam z koparką uwieszoną u pasa i uznałam, że na Heinekenie jest cholernie drętwo. Jeżeli ktoś łaził poprzebierany to na 99% musiał być cudzoziemcem. A jak zwróciło się uwagę na jakieś polskie towarzystwo, to musiały być odpieprzone hipsterki, gadające stylem inteligencko – literackim o dupie Maryni. Reszta to była klasa średnia, studiująca bądź pracująca. A przy Woodstocku Roskilde może się naprawdę schować. Ledwo weszłam na pole i lampiłam się na każdego, jak jakiś prowincjuch, który zjechał do Warszawki. Nie wspominając o przekroju subkulturowym, bo widziałam od discopolowych chłopaków, po dresy ze złotymi łańcuchami, poprzez metalowców wyrwanych granatem z norweskich lasów do starych pancurów o zakazanych mordach. Byli superbohaterowie z kostiumami zrobionymi z puszek po piwie i torb z Lidla, ludzie chodzący nago, albo przynajmniej z gołą dupą na wierzchu, wyznawcy boskiej margaryny, kolesie przebrani w damskie sukieneczki, panienki gdzie jedna drugą prowadziła na łańcuchu i rzucała kij oraz wiele innych. Na Woodstock warto pojechać dla samych obserwacji, gdzie to przykładni pracownicy renomowanych firm, na dwa dni staczają się na samo dno i latają po dachach ToiToi.

Jako że, jak już powiedziałam, Woodstock to wydarzenie bardziej towarzysko – integracyjne, byłam na zaledwie… no… na trzech koncertach. Chociaż ta liczba i tak jest naciągana, bo na Helloween nie za bardzo byłam trzeźwa na umyśle. Dlatego daruję czytelnikom wymuszone i nieprzemyślane zdania na temat tego koncertu i przejdę od razu do Airbourne, na które najbardziej się nastawiłam. Przy posiadaniu znajomości języka angielskiego na poziomie komunikatywnym, warto zweryfikować to, słuchając bądź rozmawiając z Australijczykiem. Dlatego zrozumiałam 10% z tego co mówił Joel O’Keeffe (swoją droga ciekawe czy ta malarka od cipek, to jego ciotka?). Jednak pomimo barier językowych cholerne kangury dały fantastyczny koncert w starym rock and rollowym stylu. Wokalista idealnie się nadaje na frontmana, pomimo, że ma gardłowy głos, który pod koniec koncertu mu wysiadał. Nigdy nie widziałam numeru z rozpieprzeniem sobie trzech puszek z piwem o głowę i wejścia pod dach sceny po rusztowaniu i pierdolnięcia tam solówki. I co z tego, że zżynają z AC/DC? Taka Metallika zawsze się przyznawała, że ściąga wszystko z Maidenów i jakoś nikt im nie śmie postawić zarzutu kopiowania. Australijczycy dali koncert z oldschoolowym kopnięciem i naprawdę życzyłabym sobie, żeby młode kapelki tak napieprzały rocka z taka energią, jak ci, którzy żyją do góry nogami.

Prodiże. Byłam już w chyba 2009 roku na ich koncercie i przyznam, że dali wtedy srogiego czadu. Oczekiwałam tego samego po Woodstocku. Nie chcę, żeby na ocenie zaważył fakt, że staliśmy ponad kilometr od sceny, dźwięk zawiewał do nas raz na 10 sekund, a obok płynęła rzeka ludzi. Panta rhei, cholera jasna! Koncert był niebywale schematyczny, nie jestem pewna, czy nie było dokładnie takiej samej setlisty na Open’erze w 2009 roku i rok później na Torwarze. Kontakt z publicznością był dość marny i denerwujące było trochę to, że za każdym razem robią numer z „Everybody! Get down!”. Przy takiej masie ludzi wypadałoby odpieprzyć coś ciekawszego. Oczywiście zagrali swoje najlepsze szlagiery, które basem uderzają w potylicę. Nie chcę sobie nawet wyobrażać tej rzeźni pod sceną. Niestety, może inne odczucia bym miała będąc bliżej, ale koncert był do bólu przewidywalny i absolutnie nic mnie nie zaskoczyło, mimo, że w dupie byłam i wiadomo co tam widziałam.

Woodstock to taka impreza, której bez alkoholu się nie przetrwa. Inaczej nie da się wytrzymać smrodu fekaliów z Toi czy pobliskich lasków i zapachów spod spoconych pach. Zwłaszcza tegoroczna edycja przerosła wszelkie oczekiwania i szczerze – nigdy nie widziałam TYLU LUDZI. Chociaż Opener, Off i inne festiwale srałyby pod siebie, to i tak przy tegorocznym Woodstocku mają charakter wiejskiej potańcówki. I nawet nie chcę wiedzieć ile było ludzi, bo czuję, że ta liczba okaże zastraszająca, i Bogu (i Krysznie) dzięki za to, że przy tak obrzydliwie wielkiej masie ludzi, nie zjawił się jakiś debil pokroju Andersa Brevika. I coś czuję, że mimo smrodu, brudu, beznadziejnych kapel wypełniających 90% line-upu to i tak pojadę za rok dla samego klimatu.