Podejść do tej notki miałam dzisiaj chyba ze trzy. Dość dziwnym przeżyciem jest oglądanie filmu o seksie i brak jakiejkolwiek przyjemności płynącej z tego. Jeszcze trudniej jest mi pisać o tematyce seksu, gdy człowiek rozrywany jest przez fakt zachowania sfery intymnej i seksualnej tylko dla siebie, a jawne olewanie zaściankowych zasad i włączenie tego pod dyskurs. Ależ damie nie przystoi! Ależ ja nie jestem damą.

Wstyd to film, który jest rozciągnięty do granic możliwości. Ten lekko przynudnawy film można by skompresować do jakiś 45 minut trwania, gdyby tylko powycinać tą masturbację operatora, który chciał milion rzeczy umieścić w jednym ujęciu. Film jest niezwykle zimny. Kolorystyka miasta jest albo sterylnie biała z domieszką biurowego szkła i stali, albo pokazana przez cyjanowy filtr. Na domiar złego główny bohater ma conajmniej niepokojący stosunek do własnej siostry, ocierający się o patologię.

Jednak ta dysfunkcyjność jest tym co człowieka przykuwa do ekranu. Młody facet wyjęty jak z katalogu pięknych chłopców, ze swoim mieszkaniem, grubym portfelem wydaje się być księciem z bajki dla każdej singielki z kotem, która gdzieś po drodze straciła swój najlepszy czas na upolowanie konkretnego samca. Jednak Wstyd to nie kolejna bajka Disneya i jak łatwo się domyśleć, główny bohater musi mieć nierówno pod sufitem. Oj ma i to bardzo. Tą nierówność wprawia w jeszcze większy dysonans jego siostra, która również jest konkretnie pierdolnięta.

Brandon jest seksoholikiem. Jak nie złapie jakiejś atrakcyjnej trzydziechy z kotem w jakims modnym, nowojorskim klubie, to idzie na dziwki. Jak nie idzie na dziwki, to odpala pornole, czarruletki i się masturbuje. Za każdym razem gdy mu staje, leci do kibla, żeby sobie zwalić. W pracy, w domu, przed śniadaniem, po śniadaniu i tak dalej i tak dalej. Niewolnik własnego penisa i promiskuityzm. Jeśli chcecie obejrzeć film tylko ze względu na sceny seksu, to się na nich zawiedziecie. I nie myślcie, że są źle zagrane! Jestem pod niesamowitym wrażeniem, że aktor z szeregiem prestiżowych nagród i nominacji zagrał jak… rasowy aktor porno. Bo widać dosłownie wszystko. Zawiedziecie się poziomem uczuć, a raczej ich braku. Seks w tym filmie jest zimny, odpychający i momentami naturalistyczny. Ani krztyny ciepła, zezwierzęcenie i ruchanie dla samego zaspokojenia swoich patologicznych potrzeb. I takie to miało być, widz miał wyjść skonsternowany, otumaniony i bez jakiejkolwiek ochoty na seks w przeciągu najbliższych 24 godzin.

Mało filmów pokazuje problem seksoholizmu, a Steve McQueen zrobił to bez wywoływania uczucia obrzydzenia i podniecenia w widzu. Scenariusz jest dość skąpy i zostawia widza z takim wstydliwym niedopowiedzeniem: czy poszedł za nią, czy nie? Co było przyczyną jego matni? Dlaczego wraz z siostrą kłamali co do swojego pochodzenia? Jaką skrywali tajemnicę? Choć momentami operator przeciągał strunę aż do pierwszych ziewnięć to film przy pojawieniu się napisów zostawił mnie w moralnym niepokoju.

Seks, który nie jest seksem. Dramat erotyczny bez erotyki. Po prostu zimne ruchanie.