Kupiłeś mnie na straganie i gryzłeś.„Co to za dziadostwo” pomyślałam, gdy zobaczyłam kolejny link do odpalenia. „Może jednak oleję i udam, że po prostu do mnie nie doszedł? A nie, kliknę. Co to. Omujborze, Internet Explorer. Nie, wyłączę to, poślę we wszystkie diabły. O kurde. Nie wierzę. Wisiorek z yin i yang, omujborze jakie TO FAJNE!”.

Nie wiem czy jest sens pisać jedną z setek tysięcy notek o tym jakie lata dziewięćdziesiąte były cudowne i paskudne zarazem, bo przypominać to może rozprawkę na temat jakiegoś bzdurnego obrazka z Kwejka.

Lata 90te trafiły w Polsce na dziwny i jedyny w swoim rodzaju grunt. Nieszczęśliwie się zdarzyło, że złote lata postmodernizmu w architekturze w dzikim kapitalizmie stały się kakofonią kształtów. Taki wrocławski Solpol kłuje w oczy swoją brzydotą i gdyby cytat Franka Zappy „Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie o architekturze” to Solpol tańczyłby w rytm muzyki z Disco Relax. Co by znalazło się w polskim odpowiedniku reklamy IE? Zdziwiło mnie to szczerze, że matki z Ameryki, podobnie jak z Polski również zostały porwane przez kosmitów i strzygły dzieci na „grzybka”. To był największy horror dzieciństwa i zarazem pierwszy poważny „problem pierwszego świata”.

Właśnie. Disco Relax leciało chyba w niedzielę rano i przypuszczam, że ten program przyczynił się w jakiś sposób do ateizacji życia bardzo młodego pokolenia. Ciekawiej się oglądało Shazzę śpiewającą „bierz co chcesz, nawet deszcz” (o co jej chodziło w ogóle?) niż słuchało księdza, którego kazania były w 99% niezrozumiałe. Na bank nie przyczyniało się do polepszenia własnych wartości muzycznych, ale stanowiło podstawę do świadomości muzycznej jako takiej. Później już było trochę lepiej (ale nadal źle), dziewczynki słuchały Spice Girls, a chłopcy Scootera. W wieku jedenastu, dwunastu lat większość słuchała już The Offspring i Eminema.

Wspomniałam też o fryzurze na grzybka i jakoby matki wszystkich krajów zostały uprowadzone przez kosmitów lub poddane praniu mózgu, bądź po prostu uległy zbiorowej histerii uniseksacji (?) dzieci. Ja niestety też przez to przeszłam i ilekroć miałam włosy sięgające do ramion, matkie zapisywało mnie do fryzjera, gdzie tylko fakt, że byłam grzecznym dzieckiem chronił fryzjerkę przed wbiciem jej nożyczek w oczodół. Na pytania do rodzicielki, dlaczego mnie cały czas tak ścina, odpowiadała: Bo krótkie włosy odmładzają. Po cholerę było odmładzanie dla siedmiolatki, nie wiem. Przypuszczam, że to była przemyślana strategicznie odpowiedź, bo mama zdawała sobie z tego sprawę, że dopiero za kilka lat stanę się egzaltowana i pyskata.

Ubiór dzieciaka z lat dziewięćdziesiątych również odnosił się do zasady „Less is bore”. Fioletowo-turkusowe dresy z kreszu, klapki Kubota albo adidasy na koturnie, a w koturnie albo światełka, albo małe akwarium. Biżuteria? Obroże imitujące tatuaże, które można było gratis dostać w Bravo. Jeszcze będąc na drugim roku studiów, widziałam panienkę z czymś takim na szyi. Dramat rozgrywał się również w makijażach, czego możecie nie pamiętać. Koszmarem była jasna szminka i ciemna konturówka na ustach, a w połączeniu z żółtymi zębami, niedopasowanym stanikiem, balejażem robionym na foliówkę i nadmierną opalenizną dawało to kataklizm porównywalny z bombardowaniem Hiroszimy i Nagasaki. Ale być może za dziesięć, dwadzieścia lat też będę się wstydzić za swój dzisiejszy wygląd.

Chociaż lata dziewięćdziesiąte były jak przytrzaśnięcie sobie brody zamkiem zapinając kurtkę, to cieszę się, że wychowałam się w takiej brzydocie, kociokwiku i bezguściu. Cieszę się, że dzieciom z Ameryki w większości też się to przytrafiło. Przeglądarka Internet Explorer jest właśnie takim synonimem dźwięków zgrzytającego modemu i podwyższonego ciśnienia, gdy rodzice wyszli, a my biegliśmy z kablem pod gniazdko telefoniczne. Aż może mnie przekonali do tego, żeby dać im szansę.