Zawsze myślałam, że moja kondycja fizyczna ma się całkiem nieźle, mimo to, że połowę życia spędziłam przed kompem. Co tu ukrywać, mam predyspozycje genetyczne do bycia szczypiorem. Codziennie potrafiłam polecieć do Żabki, kupić paczkę czipsów, odpalić Dumę i uprzedzenie i tłuszcz wydalałam chyba durnymi, ckliwymi łzami.

Niestety z wiekiem tryb życia się nie zmieniał, dieta czipsowa również, a geny jakby zaczęły słabnąć. Zaczęłam się zapuszczać. Do tego stopnia, że ciało nadal szczupłe, zaczęło być wyprzedzane przez brzuch. Do tego stopnia, że znajomy raz wypalił
- Jesteś w ciąży?
- Nie kurwa. Po obiedzie.
I resztę dnia przechodziłam na wdechu.

Niestety nie zmotywowało mnie to i nawet wskazówka wagi niebezpiecznie przechylająca się w stronę liczby 60. Do dziś, kiedy Justin napisała Idziemy na stepy i na ATAK NA BRZUCH!!!

Być może wybiła pora kiedyś ze zdania Kiedyś się wezmę za siebie, ale atak na brzuch było najazdem? Napaścią? Szturmem, masakrą, AGRESJĄ?! Myślałam, że jeżdżąc na rowerze raz na trzy dni, tym cholernym stylem cycle chic utrzymuję wzorową kondycję. Prowadząca, grubo po trzydziestce, dała mi do zrozumienia, że jestem nierozruszaną, tłustą kupą.

Laski, dbajcie o siebie. Napisałam to ja, siedząc już drugą godzinę przed monitorem. Idę coś zeżreć.