Jakieś pół roku temu na muzycznych blogach i kanałach YT wytrysnęło młode, śliczne, zdolne dziewczę, które śpiewając piosenki o grach komputerowych chwytało za serce swoim niebanalnym, ciężkim głosem. Dziewczę zrobiło podobno samo teledysk, nagrało samo muzykę i skomponowało całość. Dzięki niesamowitemu talentowi, dziewczątko zostało zauważone przez łowców głów z wielkich wytwórni i dalej już pod ich opieką zaczęło robić międzynarodową karierę, która oficjalnie zaczęła się 29 stycznia 2012 roku. Wow, tego dokładnie potrzebowała muzyka pop – małe, brzydkie kaczątko, które zamienia się w divę i podbija salony i serca słuchaczy.

Wszystko jest takie różowe? No właśnie nie jest. Lana Del Rey to piękna córka milionera, która wbrew pozorom ma już dorobek artystyczny, w postaci debiutanckiej płyty, która w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła z półek sklepowych i iTunes. Born to Die jest reklamowany jako debiut i być może utajniona przeszłość Lany też jest marketingowo zaplanowana? W końcu gdy tabloidy zaczną pisać o tym, że LDR wcale taką biedną dziewczynką nie jest, śpi na forsie i ludzie ojca usunęli z życia jej wcześniejsze piosenki, to przecież dostarczy to darmowej reklamy. Jej pijar i wykreowany wizerunek jest naprawdę genialny. Sama byłam oczarowana jej falującymi włosami, grubymi krechami na powiekach i fajnymi ciuchami. Szkoda trochę, że nie jest to oryginalne i nie pochodzi od samej Lany, jednak co w dzisiejszym świecie gwiazd muzyki jest autentyczne? Machina komercyjna spisała się na medal, bo zanim Lana nagrała swój „debiut” wszyscy trzepotali rzęsami i wiercili się na krzesłach mówiąc o Del Rey. Jednak Lana sprawia wrażenie wręcz nieautentycznej. LDR jest gwiazdką spłodzoną i urodzoną przez Internet. Tak, Lana jest internetowym memem.

LDR podobno nagrywa alternatywny pop. Jak to Bartek Chaciński trafnie zauważył, nie ma czegoś takiego jak alternatywny pop, bo jest pop dobry albo zły. Lana robi ewidentnie ten pierwszy typ, jej piosenki są stylizowane na muzykę lat 60. i wypuszczone na epce piosenki zachwycają. A co z Born to Die? Krążek warto przesłuchać ze względu na pierwsze cztery numery, które i tak wszyscy znamy. Dalej jest znaczący spadek i gdyby wyciąć wymienione przed chwilą kawałki, płyta byłaby straszliwie przeciętna. Lana sporadycznie śpiewa już swoim „barytonem” częściej używając trochę irytującego cukierkowo – dziewczęcego głosu. Piosenki są monotonne i na jedno kopyto. W sumie nawet nie zasługują na miano „pościelówek”, przy których dobrze by się uprawiało seks.

Ta płyta nie jest zła. Jednak od piątego numeru nawet nie skapniecie się kiedy kolejne piosenki przeskakują i trach! Nagle koniec albumu. Jak to, przecież przed chwilą leciało Video Games! Pierwsze piosenki ratują album przed nudą, banałem i słabymi ocenami. Jednak dla czterech piosenek nie warto. Chyba, że w Media Born to Die będzie stało po 19,99.

No i na koniec, gdyby ktoś jeszcze nie znał, bo jeszcze zanotowałam powodzi zatytułowanej „Lana” na ścianach facebookowych:

I jeszcze to: